niedziela, 23 lipca 2017

Recenzja: Brendan Brazier – „Wege siła”

Mając za sobą pokonanych kilkanaście maratonów odczuwam, że dotarłem do pewnej granicy swoich możliwości. W związku z tym szukam elementów, których zmiana pomogłaby jeszcze bardziej poprawić osiągnięte wyniki. Staram się unikać ekstremalnych rozwiązań, w końcu tych „urwanych” kilka minut nie jest wartych wywrócenia całego swojego życia, wyznaję zasadę, że wszystko jest dla ludzi.

(fot. Aneta Janczarska)

Coraz częściej utwierdzam się w spostrzeżeniu, że większość znajomych, których „życiówki” znacznie odbiegają od moich, przestawiła się na dietę wegańską. Po tej dość radykalnej zmianie odnoszą sukcesy sportowe, czując się jednocześnie lepiej z własnym ciałem. Co prawda nie jestem w stanie zrezygnować zupełnie z dań mięsnych, jednak kilka modyfikacji diety chętnie wprowadzę.

(fot. Aneta Janczarska)

Szukałem odpowiedniego poradnika dla siebie, jednak większość publikacji po prostu do mnie nie przemawiała. Był to albo uduchowiony bełkot, albo zestaw przepisów bez słowa refleksji. Dopiero książka „Wege siła” potrafiła wzbudzić we mnie apetyt na zdrową żywność. Brendan Brazier napisał ją kilkanaście lat temu, kiedy to popularyzacja wegetarianizmu i weganizmu była (przynajmniej w naszym kraju) na etapie raczkowania. Nie pomagała w tym ciężka dostępność odpowiednich składników. Zadziwiające jest to, że kolejna reedycja trafiła na podatny grunt na naszym rynku – w potrzebne elementy diety możemy się zaopatrzyć już w każdym supermarkecie w naprawdę przystępnych cenach, a co najważniejsze, weganie nie są obecnie postrzegani jako dziwacy lecz świadomi swoich wyborów konsumenci.

(fot. Aneta Janczarska)

Jeśli chodzi o samą książkę, to już przed rozpoczęciem lektury można odnieść wrażenie, że autor wie o czym pisze. Świadczy o tym pokaźna ilość rekomendacji oraz wstęp napisany przez aktora Hugh Jackmana, który zachwala w nim autora publikacji, zwracając szczególną uwagę na to, że póki co nie przeszedł na weganizm jednak uzbroił się w istotną dawkę wiedzy i systematycznie modyfikuje swoją dietę.

(fot. Aneta Janczarska)

Zanim Brendan Brazier (mający doświadczenie w kulturystyce, triathlonie, ultramaratonach) zarzuci nas „zdrowym menu”, stopniowo przedstawia istotę problemów codziennego życia. Jako głównego truciciela przedstawia stres (zarówno psychiczny, jak i fizyczny – przeciążenie), który w przypadku złego zarządzania wprowadza w błędne koło coraz bardziej nas wyczerpujące. Istnieje także stres produktywny, jednak jego oczywiście zwalczać nie trzeba.

Jedną z przyczyn może być złe odżywianie, puste kalorie czy obciążająca dieta, które przemęczają organizm, zmuszając do maksymalnego wysiłku w trakcie spalania. Dlatego, zdaniem autora, należy postawić na proste, nieprzetworzone i nieskomplikowane potrawy składające się z minimalnej liczby składników. Bardzo przydatne są rozdziały traktujące m.in. o możliwych alergiach żywnościowych, odpowiednim nawodnieniu czy wpływie temperatury na właściwości odżywcze potraw. Warto spojrzeć także na część opisująca zarówno ćwiczenia, jak i niezbędne substancje odżywcze dla osiągania lepszych efektów oraz szybszej regeneracji.

(fot. Aneta Janczarska)

Otrzymujemy także bogate kompendium wiedzy na temat podstawowych pokarmów diety „Wege siła”, czyli warzyw, roślin strączkowych, nasion, owoców, olejów czy orzechów. Wszystko opisane jest w przystępny sposób, wręcz ze wskazówkami jak stworzyć odpowiednią listę zakupów czy wyposażyć kuchnię, by odpowiednio i bezproblemowo przestawiać się na nowy sposób odżywiania.
Tak naprawdę dopiero po przebrnięciu przez pierwszą połowę książki zaczynamy zaznajamiać się ze menu i przepisami. Co chwilę zaznajamiamy się z kolejnymi poradami, chociażby dotyczącymi domowej hodowli kiełków czy nawadniania składników.

(fot. Aneta Janczarska)

Muszę przyznać, że początkowo poczułem się przytłoczony ilością przekazywanej wiedzy, żywiąc przy okazji wielką sympatię dla autora, który nie stara się nic ukryć. To pierwszy tego typu poradnik, który jest w 100% kompletny. Po jego przeczytaniu można być naprawdę świadomym tego, z czym wiąże się weganizm, czego należy się wyrzec, a co jest po prostu mitem szerzonym przez osoby niekompetentne. Moja rodzina na pewno skorzysta z wielu porad, nie wprowadzając rewolucyjnych zmian. Czas pokaże, w którą stronę się skierujemy, jednak złoty środek jest do osiągnięcia.

(recenzja pierwotnie ukazała się na stronie sztukater.pl)

piątek, 30 czerwca 2017

Łaskawy czerwiec

Zazwyczaj starty zaplanowane na początek lata musiałem traktować z odpowiednią rezerwą - pogoda skutecznie powstrzymywała ewentualne zapędy. Dobre wyniki w pełnym słońcu przy nagle rosnącej temperaturze nie są możliwe, dlatego też do ostatnich startów przed przerwą wakacyjną podchodziłem na dużym luzie - i przynajmniej miło się zaskoczyłem. Okazało się, że aura w tym roku była łaskawa dla biegaczy (może mniej dla wielbicieli kąpieli słonecznych), więc po wcześniej opisanych startach (Toruń, Świecie, Kowalewo Pomorskie) przyszło jeszcze kilka dość udanych. 

Ciekawym sprawdzianem możliwości był udział w Biegu Buraka w Złotnikach Kujawskich. Wiązał się on ze wszystkim co pozytywne w małych, lokalnych biegach. Wielki entuzjazm organizatorów, ciekawe pakiety startowe (m.in. kilogram cukru i sok z buraka) z koszulką bawełnianą (w końcu, bo techniczne już się nie mieszczą w szafie...), oryginalna trasa przebiegająca przez pola i starą cukrownię. Jeśli dołożyć do tego obfity poczęstunek po zawodach (gęsina pod kilkoma postaciami), to mamy gotową receptę na mile spędzony poranek i przedpołudnie.

 Cukier i sok z buraka odebrane

Wraz z Michałem reprezentowaliśmy ANIRO Run Team, towarzyszył nam Piotr i nie ma co się oszukiwać, wstydu nie przynieśliśmy. Udało nam się wykręcić dobre czasy i uplasować na zauważalnych miejscach :-) Moim łupem padł wynik39m28s, czyli jedynie kilka sekund gorszy od życiówki. Należy jednak podejść do tego z nomen omen dystansem, bo do pełnych 10 km zabrakło ponad 200 metrów. Nie można mieć jednak o to pretensji - trasa nie miała atestu. Wywalczyłem 14. miejsce w stawce 160 zawodników, dodatkowo okazało się, że zająłem 4. lokatę w mojej kategorii wiekowej, więc do podium w tej klasyfikacji zabrakło bardzo niewiele :-)
Swoje zrobiliśmy, Piotr odskoczył z kolejną życiówką... Czas na gęsinę

Minęło kilka dni i przyszła kolej na V edycję Grand Prix Torunia. Jako że brałem udział we wszystkich wcześniejszych tegorocznych, tym samym spełniłem wymagane minimum startów i na pewno będę sklasyfikowany ;-) Tym razem wynik też był lepszy od spodziewanego. Pewną zasługą może być zmiana butów - musiałem porzucić moje aktualnie treningowe Mizuno Wave Connect 2, gdyż z powodu specyficznej konstrukcji podeszwy bardzo łatwo łapały na trasie szyszki i biegłem niczym na obcasach ;-) Postawiłem na sprawdzone od lat Joma Marathon (startówki na asfalt) i ich debiut w biegach przełajowych muszę uznać za udany. Czas 24m04s to jeden z moich najlepszych na tej trasie. Miejsce 21. w OPEN w gronie ponad 100 startujących uważam za zasłużone i oddające moje miejsce w szeregu. Niestety nasza drużyna Ryżowe Bolki ponownie wystąpiła osłabiona brakiem liderów, ale broniliśmy się dzielnie :-)

Pełne skupienie przed Grand Prix Torunia

Był to ostatni start przed urlopem, na który oczywiście jako pierwszy spakowałem strój biegowy ;-) Kilkudniowy pobyt nad morzem spędziłem aktywnie wypoczywając, wieczory poświęcając na spokojne w zamierzeniu przebieżki. Ostatecznie skończyło się na zaskakujących mnie prędkościach - zamiast średnich w okolicach 5:00 min/km nogi rwały w niektóre dni 4:30 min/km na dystansie kilkunastu kilometrów. Nawet podczas biegu boso wzdłuż plaży nie mogłem zwolnić bardziej niż do 4:50 min/km. Oby taka wydolność towarzyszyła mi zawsze ;-) Nie ma to jak dobry reset głowy i lokalizacja inna niż podczas codziennego wydeptywania kilometrów.

Na urlopie najlepsze są takie treningi ;-)

Po raz kolejny upewniłem się, że wieczorne bieganie jest jedną z lepszych form zwiedzania - mimo wielokrotnego odwiedzania Trójmiasta i tym razem udało mi się zajrzeć w nowe miejsca, z dala od tłumów turystów. 

sobota, 10 czerwca 2017

Wyjątkowa Dycha Kowalewska

Czerwcowe zawody w Kowalewie Pomorskim są bardzo specyficzne. Mimo że dystans nie jest znaczny (10 km), to połączenie pogody (zazwyczaj gorąco jak w Biegu Papiernika, czyli GORĄCO) z godziną startu (11.00) i czymś dziwnie nieokreślonym na trasie, co "odcinało" mnie po 7. km sprawiało, że nie można było tu liczyć na dobre wyniki.

W tym roku nastawienie było zupełnie inne. Razem z ANIRO Run Team wyruszyliśmy pierwszy raz w komplecie, biorąc udział w klasyfikacji drużynowej i cicho licząc na otarcie się o podium. Poza tym był to również wypad rodzinny - żona miała wspierać naszą kilkunastomiesięczną córkę w debiucie biegowym, na dystansie 100 metrów. To właśnie tym występem przejmowałem się bardziej niż swoją kolejną "dyszką", ponieważ byliśmy świadkami czegoś dla nas historycznego :-)

Rodzinny skład na bieg w Kowalewie

Już po przybyciu na miejsce okazało się, że ten bieg będzie inny od poprzednich. Pogoda zdawała się w tym roku odpuścić, co mogło sprzyjać w sprawniejszym i szybszym pokonaniu dystansu. Rzeczywiście tak było. Wstępnie z Michałem ustaliliśmy przed startem, że wynik w granicach 42-43 minut będzie satysfakcjonujący, jednak po kilku kilometrach, gdy udało się ustabilizować tempo, apetyty zaczęły rosnąć. Po pokonaniu "magicznego" siódmego kilometra wiedziałem, że będzie dużo lepiej, niż oczekiwałem na początku. Wpadłem na stadion mając przed sobą tylko jeden cel, złamać w biegu 41 minut, co byłoby świetnym rozprawieniem się z dotychczasową "klątwą kowalewską". Udało się, ostatecznie dobiegłem z wynikiem 40m53s zajmując 30. miejsce w stawce ponad 220 zawodników, co jak na start na pomaratońskim roztrenowaniu jest świetnym rezultatem.

Okolice felernego zazwyczaj 7. km

To nie był koniec miłych akcentów tego dnia. Dosłownie wyrwano nas z szatni, spod pryszniców, gdyż okazało się, że ANIRO Run Team odniosło historyczne zwycięstwo w klasyfikacji drużynowej! Naszej radości nie było końca, niecierpliwie czekaliśmy na upragnione wdrapanie się na najwyższy stopień podium. W ostatniej chwili udało mi się dorwać córkę, by mogła celebrować ze mną - niech dziewczyna się przyzwyczaja! ;-)

Tak się prezentuje zwycięska drużyna!

Nie było wiele czasu na świętowanie triumfu, bo już kilka minut później miał miejsce wspomniany wcześniej debiut Martyny. Spisała się dużo lepiej niż wstępnie oczekiwaliśmy, bo przede wszystkim miała kontakt z nawierzchnią :-) Przez większość dystansu była jednak na tyle zestresowana, że musiała się wspierać ramionami małżonki. I tak oto razem dotarły do mety, by odebrać pierwszy medal - czy ostatni, to się okaże :-) Póki co wisi on w towarzystwie moich, na wyjątkowym miejscu...

Historyczny debiut 

Jak widać, sobota ta obfitowała w emocje, więc nie ma się co dziwić, że niektórzy zdrzemnęli się już w samochodzie :-)

"Ojciec, medal jak medal, na mecie dawali sprzęt do baniek!"

Kilka dni później, zdziesiątkowana drużyna Ryżowych Bolków (bez trzech kluczowych zawodników - a do łącznego czasu liczy się 3 najszybszych mężczyzn i 1 kobieta) wzięła udział w czwartej odsłonie Grand Prix Torunia w Biegach Przełajowych. Nie było szans na obronę wysokich lokat z poprzednich edycji, jednak nie złożyliśmy broni. "Swoje" zrobiłem, mieszcząc się w 1/3 stawki i notując zbliżony do wcześniejszych wynik w okolicy 24 minut na dystansie 6 km.

Do końca miesiąca pozostały jeszcze dwa starty - za tydzień Bieg Buraka w Złotnikach Kujawskich oraz kilka dni później ponowne starcie na trasie Grand Prix Torunia. Będzie to ostatni akcent przed przerwą wakacyjną, w trakcie której przyjdzie mi rozpocząć plan treningowy przed jesiennym Poznań Maraton.


sobota, 20 maja 2017

Pierwsze tegoroczne biegowe opalanie już za mną

Po wiosennych startach na dłuższych dystansach zazwyczaj jest niewiele czasu aż nadejdą upalne dni i zawody stają się sportem ekstremalnym. Dlatego też trzeba umiejętnie wykorzystać te kilka tygodni przed nieuniknionym pogorszeniem osiąganych wyników.
 
Chwile przed startem w Run Toruń

W tym roku zdecydowałem się na kilka biegów na dystansie 10 km, z tego dwa z nich przypadły na przełom kwietnia i maja. Pierwszym z nich był Run Toruń, w którym staram się startować za każdym razem. Ociera się to trochę o masochizm, bo wyścig ten do tej pory nigdy mi się nie udawał. Nie wiem, czy to specyfika trasy (bardziej turystyczna niż na "życiówkę"), moja dyspozycja po wiosennym maratonie, nagła zmiana pogody na iście letnią - faktem jest, że osiągane czasy i kondycja odbiegają od mojej normy, co czasem potrafiło mnie nieźle zestresować. 

Tym razem humor, pogoda i forma dopisały (fot. Jan Chmielewski)

W tym roku na szczęście przynajmniej pogoda dopisała - było chłodno, jedynie wiatr mógł nieco przeszkadzać. Przed startem wynik 42 minut brałbym w ciemno, nie wydawało mi się, że będę w stanie zawalczyć o coś więcej. Mój organizm po raz kolejny udowodnił mi jednak, że potrafi mnie zaskoczyć i od pierwszego kilometra utrzymywałem mocne tempo w okolicy 4m05s/km

Za chwilę ostatnia, kilkusetmetrowa prosta

Oczekiwałem tradycyjnego załamania w połowie dystansu, jednak nie było mi to tym razem dane. Mogłem pozwolić sobie na względny luz i sił wystarczyło na 9 km. Powoli zaczynało brakować mi już energii na ostatni akcent na toruńskiej starówce, jednak wsparcie kibiców oraz motywacja ze strony Piotra, który biegł kilka metrów przede mną, dodały mi niezbędnej mocy. Na metę wpadłem w super czasie (jak na te warunki) 40m30s, co było wynikiem tylko o minutę gorszym od życiówki i jednocześnie moim czwartym najlepszym rezultatem. Miłym uzupełnieniem jest miejsce w kategorii open - 80/1735 uczestników robi wrażenie ;-)

Meta - w końcu udany start w Run Toruń!

Taki wyścig był mi potrzebny. Skutecznie oczyścił umysł po nieudanej pierwszej części sezonu, kiedy to nic nie działało tak, jak powinno. Taka odskocznia naprawdę bardzo pomaga!

Nie ma to jak wspólny bieg z Michałem!

Dwa tygodnie później, wraz z ANIRO Run Team udaliśmy się do Świecia, by w malowniczych okolicach zamku przebiec 10 km w ramach IV Biegu Rycerskiego. Tutaj już nie było niespodzianek w postaci łaskawej pogody - spalone karki i twarze mówiły wszystko :-) Tym razem nie było mowy o wyniku zbliżonym do osiągniętego w Run Toruń, więc z Michałem postanowiliśmy utrzymywać tempo w rozsądnych granicach 4m15s/km

Koniec, czas na pierogi!

Nagrzany asfalt dawał się we znaki, jednak napędzani myślą o czekających po biegu pierogach  i drożdżówkach utrzymywaliśmy założoną prędkość. W efekcie udało się dobiec w czasie 42m34s i zostać sklasyfikowanym na 63. miejscu w stawce 660 biegaczy. No i nie dałem się wyprzedzić żadnej kobiecie ;-)

Toruńska ekipa spisała się na medal!

Przed wakacyjną przerwą w startach pozostały jeszcze czerwcowe zawody: 
- 03.06. - 18. Dycha Kowalewska
- 07.06. - Grand Prix Torunia 4/7
- 17.06. - I Bieg Buraka w Złotnikach Kujawskich
- 21.06. - Grand Prix Torunia 5/7

Jak widać, pierwotne plany nieco się zmieniły (ostatecznie nie wyruszam do Kwidzyna na Bieg Papiernika, doszły jednak dwie inne imprezy "wyjazdowe"). Nie nastawiam się na dobre wyniki - treningi ograniczam do "klepania" km, by skutecznie zresetować się przed przygotowaniami do jesiennych maratonów (Poznań i Toruń - jeśli tylko zapadnie decyzja o tym, że ta druga impreza się odbędzie...). 

piątek, 28 kwietnia 2017

Chwila oddechu po wiosennym maratonie

Najważniejszy start tegorocznej wiosny już za mną. Wynik odległy od życiówki, jednak nie nastawiałem się na rewelacyjny czas, skupiając się bardziej na tym, żeby zdrowo i z dobrym nastrojem przekroczyć linię mety.

To był mój drugi start w Łódź Maraton. Dwa lata temu trasa nie do końca mi sprzyjała - nie lubię pętli, a wówczas zmuszony byłem kilkukrotnie przebiegać obok Atlas Areny, co szczególnie deprymowało, gdy widziało się niektórych na kilkusetmetrowym finiszu, gdy przede mną było jeszcze kilka dobrych kilometrów do końca. Teraz było inaczej, obyło się bez pokonywania tych samych odcinków. Nie byłbym sobą, gdybym nie ustawił wirtualnego partnera na nieosiągalny czas (3h18m), ale zrobiłem to bardziej po to, żeby mieć jakiś ambitny punkt odniesienia. Poza tym, jeśli już spadać, to z wysokiego stołka.
 
Podstawa to inteligentny wyraz twarzy przed startem

Mobilizacji dodawał też fakt, że debiutowałem w nowych barwach klubowych - dosłownie kilka dni wcześniej dołączyłem do dynamicznego i sympatycznego ANIRO Run Team. Z tego też powodu złamałem świętą zasadę "nie biegaj w nowej, nieprzetestowanej koszulce", na szczęście bez uszczerbku dla ciała.

Początek był idealny, jak to zwykle podczas maratonów. Pierwsze 10-12 km pokonałem trzymając się grupy z pacemakerami na 3h20m, nie było żadnego dyskomfortu. Nauczony doświadczeniem poprzednich 18-tu maratonów wiedziałem, że tak może być do momentu nagłego załamania po trzydziestu kilku kilometrach. Na moje nieszczęście z rytmu zostałem brutalnie wybity przez bunt organizmu. Zmuszony byłem zbiec na swoisty pit-stop w toi-toiu, przez co uciekły mi nie tylko cenne minuty, ale i wypracowane równe tempo. Podświadomie przyspieszyłem, by zniwelować stratę, co okazało się zgubne. W efekcie traciłem dystans i czas, skupiłem się więc tylko na tym, by czerpać przyjemność z pozostałego do mety dystansu.

Po raz kolejny przekonuję się, że ul. Piotrkowska to świetne miejsce na zdjęcia (fot. Foty Beaty)

Sprawy nie ułatwiała aura. Wiatr dawał się we znaki szczególnie na długich prostych. Kameralne warunki łódzkiego maratonu (ukończyło go ok. 1,3 tys. biegaczy) nie ułatwiały zadania, nie było za kim się schować ;-) Gdy kilka km przed końcem zaczęły się do mnie zbliżać "balony" zaplanowane na 3h30m, tym razem (inaczej niż podczas półmaratonów w Poznaniu i Pabianicach), nie podjąłem walki o obronę pozycji i spokojnie obserwowałem jak zmobilizowana grupka najpierw mnie minęła, by potem sukcesywnie się oddalać. Dla mnie wynik końcowy zszedł na dalszy plan, bardziej skupiałem się na fakcie, że za chwilę ukończę ostatni "nasty" maraton. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy nic nie stanie na przeszkodzie i wezmę udział w swoim dwudziestym starciu z "królewskim dystansem".

Chwila przed awarią ;-)

To tylko uświadomiło mi, jak wielkie zmiany nastąpiły przez te kilka lat od czasu, gdy postanowiłem truchtanie dla schudnięcia zmienić na stawianie sobie coraz ambitniejszych celów i walkę z możliwościami własnego ciała. Więcej przemyśleń pozostawiam sobie na jesienny start - w Poznaniu lub w Toruniu będę miał na to kilka godzin biegu.

W tak filozoficznym nastawieniu dotarłem do chyba najbardziej mobilizującego finiszu, z jakim było mi dane się spotkać (ostry zbieg kończący się na kolorowej nawierzchni w wypełnionej mrokiem hali Atlas Areny). Cieszyłem się z tego, że udało mi się dołączyć do "klubu trójki" - do grona moich wyników tym razem dołączył 3h33m

Powaga musi być, to już nie przelewki, następny maraton będzie moim dwudziestym!

Nie każdy bieg musi kończyć się życiówką, ważne, żeby dotarcie do mety dawało człowiekowi satysfakcję, a tej mi nie brakowało minionej niedzieli :-)

To już historia, teraz czas się skupić na najbliższym starcie, Run Toruń, który będzie także okazją do spotkania i wspólnego pokonania dystansu 10 km z kolegami z nowego klubu.

sobota, 15 kwietnia 2017

Nie samymi sukcesami żyje biegacz

Wiosenne starty w dwóch z trzech głównych biegach tej części sezonu dały mi wiele do myślenia. Co prawda po raz pierwszy z założenia nie rzucam się na życiówki ("swoje" zrobiłem już w poprzednich lata i wiele więcej nie osiągnę), ale mimo wszystko jakieś oczekiwania dotyczące wyników miałem.

Przełom marca i kwietnia to standardowo duże półmaratony. Tym razem wybraliśmy się do Poznania i Pabianic. W przypadku pierwszego z biegów nie obyło się bez przygód. Oficjalnie w protokole mam DNS, mimo że ostatecznie pobiegłem. Z powodu zagubienia numeru startowego (i tym samym, chipa) wisiało nade mną widmo pozostania "w cywilu" i kibicowania kolegom albo wyruszenia "na krzywy ryj", czego chciałem uniknąć. Ostatecznie kilkanaście minut przed startem udało mi się wybłagać u jednej z organizatorek w Biurze Prasowym wydrukowanie numeru (na zwykłej kartce, wzmacnianej taśmą klejącą na tylnej części, jednak na szczęście z zachowaniem oryginalnego wzornictwa) i tak prowizorycznie oznaczony mogłem stawić się w swoim sektorze. 

Ta dawka adrenaliny dała mi paliwo na pierwszych pięciu kilometrach, na których byłem zdolny dotrzymać kroku Michałowi i Piotrowi. Potem nagle opadłem z sił. Nie byłem w stanie utrzymać tempa, zniechęciłem się zupełnie i w efekcie na każdym kilometrze zwalniałem do marszu. Pod tym względem był to mój najgorszy półmaraton w historii startów na tym dystansie. Tak zniechęcony i bezsilny jeszcze nie byłem. Doszło do tego, że na 19-tym kilometrze zaczęła mnie wyprzedzać grupa prowadzona na czas 1h35m (startowała chwilę po nas), więc z pierwotnego planu trzymania się rezultatu 1h30m ostatecznie udało mi się jedynie zmotywować, by odkuć się na "balonikach" i wbiec na halę z metą jakiś czas przed nimi. Było mnie stać tylko na wynik 1h36m, co i tak obecnie wydaje się niezłym osiągnięciem.

 Jedyny dowód na to, że ukończyłem Poznań Półmaraton w tym roku...

Jeszcze gorzej było tydzień później. Do Pabianic wybierałem się przepełniony z jednej strony sportową złością po nieudanym starcie w Poznaniu, z drugiej natomiast chciałem na tyle się wyluzować, żeby nie stresować się na trasie ewentualną niemocą. Tym razem mocy starczyło mi na połowę dystansu. Zakładaliśmy z Michałem spokojny bieg na czas w okolicach 1h35m (co byłoby nieznaczną poprawą w ciągu tygodnia), jednak biegło się na tyle komfortowo, że nieznacznie przyspieszyłem. Utrzymywałem spokojne, ale dość mocne tempo do 10-11 km, po czym niemal stanąłem. 

Po chwili minął mnie Michał pytając się, czy wszystko ok. Machnąłem tylko ze zrezygnowaniem ręką i kontynuowałem pokonywanie kilometrów w fatalnym stylu, marszobiegiem. Ponownie byłem skazany na zmierzenie się z pacemakerami, tylko że tym razem z tymi, którzy biegli na czas 1h40m. Mimo zupełnej niemocy udało mi się przegonić ich na ostatnim kilometrze, by do mety dotrzeć z czasem 1h39m.

Na pocieszenie po biegu czekała konkretna wyżerka

Miałem dość, nic nie szło tak, jak powinno, mimo że zimę przepracowałem (tak mi się wydaje), solidnie, realizując 12-tygodniowy plan treningowy przed maratonem w Łodzi. Nie szukałem wymówek (po prostu byłem słaby i już), ale nasunęło mi się kilka wniosków:
- ostatnie tygodnie przed półmaratonami biegałem w zużytych butach; gdy po jednym z treningów poczułem ból w piszczelach, domyśliłem się, że moim Joma Carrera należy się emerytura po osiągnięciu wspólnych 2300 km; było już jednak za późno na poprawę i mimo zmiany obuwia nogi były za bardzo zmęczone i nie zdołały się zregenerować,
- plan treningowy - w zeszłym roku realizowałem 10-tygodniowy cykl dostosowany do życiówki w półmaratonie, tym razem głównym startem jest wiosenny maraton, i to pod niego się przygotowuję, więc może po prostu nie byłem w stanie utrzymać tempo startowe o pół minuty szybsze,
- to po prostu nie były "moje dni", nie zawsze udaje się biec na 100% możliwości i należy cieszyć się samymi startami, nie zawsze wynikami.

Tak czy inaczej, to już historia i pozostało mało czasu do wyprawy do Łodzi. Wiele już nie poprawię, więc muszę oczyścić umysł i skupić się na wyluzowanym starcie. Wynik końcowy w granicach 3h30m będzie dla mnie satysfakcjonujący, chociaż nie ukrywam, że na początku ustawię wirtualnego partnera w zegarku na obecną życiówkę (3h19m), głównie po to, żeby mieć pewien punkt odniesienia. Prawda jest taka, że na dystansie będzie mi już obojętne, czy dobiegnę w czasie 3h30m, 3h40m czy 3h45m, jeśli i tak będę się oddalał od najlepszego wyniku. Pozostaje mi tylko nastawienie się pozytywnie i czekanie na start.

Jedno jest pewne, ta wiosna to dla mnie swoisty trening - jednak chyba bardziej mentalny niż fizyczny...

czwartek, 16 marca 2017

Dobre i tanie sportowe słuchawki bezprzewodowe? Oczywiście!

Dni są coraz dłuższe, popołudniowy trening nie wiąże się już z bieganiem po zmroku. W związku z tym mogę nieco ograniczyć czujność i wrócić do słuchania muzyki w trakcie realizowania planu przygotowawczego do wiosennych startów. Jak już pisałem wcześniej, ostatecznie rozstałem się ze swoim odtwarzaczem Sony z racji ciągłych awarii i odsyłania w ramach reklamacji. Jako że porzuciłem pomysł biegania ze smartfonem a do moich celów w zupełności wystarczy zwykły, klasyczny telefon z podstawowymi funkcjami, postarałem się poszukać tanich słuchawek bluetooth, które w prosty sposób mogą stworzyć minimalistyczne "centrum multimedialne" umilające pokonywanie kolejnych kilometrów.

Szukając ciekawych propozycji w chińskich sklepach natknąłem się na modele zupełnie nieznanej mi marki Awei. Wyczytałem kilka pozytywnych opinii użytkowników, głównie biorących pod uwagę stosunek ceny do jakości.


Pierwszym zakupem były słuchawki A840BL, które kosztowały ok. 15 USD. Cena atrakcyjna, chociaż zauważyłem, że są sprzedawane na Allegro za ponad 100 zł. Przyznam, że tyle bym za nie dał, szczególnie po przeprowadzonych testach. 

Wizualnie są atrakcyjne, przywołują skojarzenia ze wspomnianym już walkmanem Sony, którego używałem do tej pory. Panel sterowania w okolicach uszu, pałąk na szyję, lekka konstrukcja - skądś to wszystko już znałem. Do tego świetna specyfikacja (NFC!, możliwość przypisania dwóch urządzeń, ładowanie za pomocą złącza micro-USB, wodoodporność) za przystępną cenę. Wszystko wyglądało świetnie do momentu pierwszych testów w plenerze. 


Podczas godzinnego treningu wyszły wszystkie wady i niedociągnięcia urządzenia:
- strasznie płaski, nienaturalny dźwięk, zbyt mocny bas, trzaski - na początku myślałem, że to wina poczciwej Nokii, jednak sprawdzanie działania z innymi telefonami w domu dały taki sam efekt,
- sztywny pałąk - nie dopasowuje się do kształtu ucha i szyi, dodatkowo materiał, z którego jest zbudowany powoduje otarcia; w efekcie słuchawki ciągle trzeba było poprawiać, bo nie trzymały się odpowiednio mocno,
- mizerny zasięg bluetooth - tak naprawdę możliwe jest w miarę bezproblemowe słuchanie muzyki, jeśli telefon mamy w opasce na ramieniu, w odległości max 20-30 cm od słuchawek; zupełnie odpada wrzucenie go do kieszeni spodni lub saszetki biodrowej.


Problem z dopasowaniem w pewnym stopniu ratują wymienne douszne zatyczki, jednak w żaden sposób nie można użytkowania uznać za komfortowe. Co prawda przebiegłem w tych słuchawkach zeszłoroczny maraton, ale zaraz po tym doświadczeniu zdecydowałem się pożegnać z tym sprzętem i sprzedałem go po cenie, którą wcześniej dane było mi zapłacić.

Kilka tygodni później natknąłem się na kolejną promocję w jednym z chińskich sklepów internetowych i stwierdziłem, że dam tej firmie jeszcze jedną szansę. Za ok. 10 USD nabyłem A920BL - słuchawki zbierające dość dobre opinie. Tym razem zdecydowałem się na klasyczną konstrukcję "pchełek", bez pałąków i innych udziwnień, jedynie z pilotem na kablu. Główne zalety, o których wspomniałem przy okazji opisywania A840BL, tutaj też mają miejsce (brakuje jedynie łączenia za pomocą NFC, jednak nie jest to istotne dla moich celów). 


Po poprzednich doświadczeniach moje oczekiwania znacznie spadły, jak się okazało - zupełnie niesłusznie. Chociaż muszę przyznać, że po rozpakowaniu miałem kilka minut zabawy z odpowiednim dopasowaniem gumowych dodatków, których główną funkcjonalnością jest blokowanie słuchawek przed wypadnięciem z uszu. Brak jakiejkolwiek wzmianki o montażu w instrukcji nie ułatwił zadania. 


Ostatecznie udało się je zamontować i mogłem pójść biegać. Oto spostrzeżenia po 1,5h użytkowania:
- dużo lepsza jakość dźwięku (oczywiście należy pamiętać, że to nie jest sprzęt dla audiofila, ma jedynie umilić czas w trakcie wysiłku fizycznego),
- telefon może znajdować się w normalnej odległości od słuchawek, nie ma żadnych przerw, gdy trzymam go w "nerce",
- magnesy!!! drobiazg, który niezmiernie cieszy i okazuje się bardzo praktyczny; gdy przestajemy korzystać ze słuchawek po prostu stykamy je ze sobą i wówczas fizyka robi swoje - dzięki temu można je spokojnie zawiesić na szyi bez obawy, że nam spadną; gadżet ten można docenić także w przypadku, gdy nie posiadamy żadnego etui i słuchawki po prostu wrzucamy do torby / plecaka / kieszeni - na pewno zmniejszy się nam ryzyko poplątania czy zerwania przewodu,


- po odpowiednim dopasowaniu słuchawki nie wypadają... jest tu jednak małe "ale" w postaci pilota, który znajduje się w dziwnie bliskiej odległości od jednej ze słuchawek, przez co podczas ruchu doświadczałem niemiłego szarpania w dół; sytuację ratuje zaczep - można go dostosować do własnych preferencji, najlepiej, gdy przymocujemy za jego pomocą kabel do tylnej części czapki lub opaski. Gdy już znajdziemy odpowiednią konfigurację (ostatnio szukałem jej przez 3 km biegu...) nie ma problemu z wypadaniem,
- gumki, o których wspomniałem, spełniają swoje zadanie, pomagają utrzymać słuchawki w uszach (pod warunkiem poradzenia sobie ze wspomnianym przed chwilą pilotem),
- bardzo dobrze działają duże przyciski sterujące; mamy je w sumie tylko trzy, ale naprawdę więcej nie trzeba (główny włączający urządzenie i działający jako "pause / play", "+" i "-" odpowiadające za kontrolę głośności oraz przełączanie kolejnych utworów),
- długi czas działania i błyskawiczne ładowanie.


Tak więc za około 40 zł (może być mniej przy korzystaniu z kuponów, promocyjnych środków w danym sklepie lub systemu cashback) otrzymujemy całkiem przyzwoite urządzenie, które po prostu spełnia swoje zadanie. Zdarzają się co prawda drobne problemy z odpowiednim dopasowaniem, jednak można je skutecznie pokonać. Przynajmniej jestem teraz świadomy tego, że jeśli będę chciał wziąć udział w zawodach korzystając z tych słuchawek, jednym z etapów rozbiegania przed startem będzie test ułożenia pilota i zaczepienie kabla w komfortowym miejscu, żeby uniknąć ciągłego korygowania słuchawek już w trakcie wyścigu.

wtorek, 24 stycznia 2017

Wypełnianie kalendarza 2017

Zauważyłem, że od kilku lat pierwszymi wydarzeniami wypełnianymi w styczniu na najbliższych 12 miesięcy, nie jest termin urlopu i innych dni wolnych, ale biegi, w których mam zamiar wystartować. Czyli najpierw trzeba zaplanować wysiłek, a dopiero później znaleźć czas na wypoczynek

W przypadku poprzednich sezonów, gdy startowałem zdecydowanie częściej (niezapomniane dla mnie hasło małżonki "nie biegaj w każdy weekend" podczas sesji fotograficznej), często terminy udało się pokryć się (Berlin, Praga, Trójmiasto) i wówczas w trakcie kilkudniowego wyjazdu przypadał też czas na wzięcie udziału w zawodach :-)

Mała rada sprzed kilku lat od małżonki (fot. Katarzyna Pawlak)

Aktualnie tak naprawdę mam już zaplanowane starty na pierwszą połowę roku. W drugiej na pewno wezmę udział w jesiennym maratonie (najprawdopodobniej "u siebie", w Toruniu) i zapewne kilku krótszych biegach (np. tradycyjnie już Gniewkowo, może Gniezno).

Wiosna będzie aktywna, ale pierwszy raz zaczynam sezon od zrealizowanych wcześniej wszystkich celów. Do pokonanego wcześniej maratonu poniżej 3h30m, w zeszłym roku doszły złamane kolejne bariery - 1h30m w półmaratonie oraz 40m w biegu na 10 km. W związku z tym ten sezon będzie (przynajmniej w założeniach) zupełnie na luzie, chociaż oczywiście jakieś cele sobie postawiłem - utrzymanie się w pobliżu życiówek będzie mile widziane :-)

A tak oto przedstawia się mój harmonogram na najbliższe miesiące:
- 04.03. - VI Zimowy Bieg Dębowy - od lat najlepszy sprawdzian możliwości na początku przygotowań do całego sezonu,
- 26.03. - 10. PKO Poznań Półmaraton - jedno z moich ulubionych miejsc do biegania, więc na jubileuszowym półmaratonie nie może mnie zabraknąć,
- 02.04. - VII Pabianicki Półmaraton - debiut w tej imprezie, słyszałem wiele pozytywnych opinii, trzeba je zweryfikować,
- 23.04. - DOZ Łódź Maraton z PZU - powrót w miejsce, w którym pierwszy raz przebiegłem maraton poniżej 3h30m,
- 30.04. - Run Toruń - kolejna odsłona bardzo popularnej imprezy ze świetnymi medalami,
- 13.05. - IV Bieg Rycerski - debiut w chwalonych przez biegaczy zawodach,
- 20.05. - VIII Kwidzyński Bieg Papiernika - jeden z najlepiej zorganizowanych biegów w Polsce, tradycyjnie za darmo.

Najważniejsze imprezy to oczywiście starty w Poznaniu i Łodzi. To właśnie pod maraton już za kilka dni rozpocznę kolejną rundę 12-tygodniowego treningu, który jak do tej pory sprawdzał się wyśmienicie. Ponownie, w porównaniu do oryginału, 5 dni biegowych w tygodniu zredukuję do 4 - ten manewr skutkował bardziej wypoczętymi nogami przy braku spadku możliwości (testowałem obydwa warianty) i wytrzymałości. 

Dodatkowym argumentem przemawiającym za "oszczędniejszym" bieganiem jest to, że tym razem nie stawiam przed sobą celu w postaci kolejnej życiówki.

Latem nie przewiduję wielkiej ilości startów, po prostu wysokie temperatury nigdy nie służyły w moim przypadku przyjemnemu bieganiu. Zdecydowanie bardziej preferuję dwucyfrowe mrozy od upałów.