niedziela, 22 lipca 2018

Grodzisk Wielkopolski - aż chce się biegać!

Skończyła się pierwsza część urlopu, trzeba więc nadrobić zaległości, a są one dość spore... Co prawda niewiele się działo od poprzedniego wpisu, tak naprawdę odbył się w sumie jeden bieg z moim udziałem, ale co to były za zawody!!!


Odbywający się w czerwcu w Grodzisku Wielkopolskim półmaraton stał się już niemalże legendarny, mimo dość krótkiej historii. Zachwyty płynęły ze wszystkich stron, pakiety startowe rozchodziły się w kilka lub kilkanaście godzin, więc trzeba było skonfrontować się z pozytywnymi opiniami. Po głowie kołatała się co prawda wątpliwość "przecież bieg to bieg, co może być w nim aż tak szczególnego?", jednak zapisałem się. Samo to należy już uznać za swego rodzaju sukces, bo limit osób osiągnięto w dwie godziny!

Udało się jednak każdemu z naszej ekipy, więc w komplecie mogliśmy udać się na miejsce. W śpiącym o poranku miasteczku funkcjonował już punkt dla biegaczy, przeznaczony na posilenie się i wzmocnienie przed (!) startem. Takiej obfitości często nie można zaznać po przekroczeniu mety, a co dopiero wspominać o czasie dzielącym nas do rozpoczęcia biegu. Kolejny pozytyw to bogaty pakiet startowy - trzeba pamiętać, że jak na polskie standardy za udział nie trzeba było zapłacić jakiejś wygórowanej ceny (80 zł). 


Co chwilę zaskakiwały nas drobiazgi, wskazujące na dbanie organizatorów o najmniejsze detale. Dla przykładu - ogromna ilość balonów zdobiąca bajecznymi łukami ostatnie metry przed metą (i półmetkiem - trasa to dwie pętle), wiele okazji do pamiątkowych zdjęć, specjalna mata przed startem, ograniczająca ryzyko potknięcia się na kostce brukowej. Takich niuansów było więcej.

Okazało się jednak, że najciekawsze dopiero przed nami. To, że w okolicy startu, gdy mieści się on w centralnym miejscu miasta, jest sporo kibiców, to nic dziwnego. Jednak to, że z dopingiem i wszechobecną radością można było spotkać się niemal na każdym metrze, to już rzecz rzadko spotykana. Mało tego, miało się wrażenie, że bierze się udział w małym lokalnym święcie. Poza oficjalnymi punktami nawadniania i odświeżania, kurtynami wodnymi (których było i tak sporo), w akcję pomocy biegaczom angażowali się sami mieszkańcy. W wielu miejscach prywatne osoby rozstawiały stoliki z wodą, poczęstunkiem, traktowali zawodników wodą z węży ogrodowych - po prostu mega pozytywne szaleństwo!

 

W takich okolicznościach nie zwracało się uwagi na własne tempo, nie było po prostu na to czasu ;-) Inna sprawa, że nogi same niosły do przodu, nie dawało się zwalniać. Aż chciało się pędzić do przodu, co chwilę przybijając "piątki" i odwzajemniając pozdrowienia. Takiej atmosfery w trakcie zawodów jeszcze nie zaznałem.

Po takiej uczcie dla ducha okazało się, że ciało też będzie zadowolone. Już kilka metrów za metą, po otrzymaniu pięknego medalu, z każdej strony dużego placu uśmiechnięte twarze zapraszały do skosztowania smakołyków. Po otrzymaniu "obowiązkowego" piwa można było się uzbroić w tacę i odwiedzać poszczególne punkty, których liczba mogła spowodować ból głowy :-) Nie było możliwości posmakowania każdej rzeczy, za co serdecznie organizatorów przepraszam ;-) To wszystko bez jakiegokolwiek weryfikowania, kreślenia, sprawdzania kartek - brać do oporu!


Mało tego, świętowaniu towarzyszyły akrobacje lotnicze! Naprawdę ciężko ogarnąć to wszystko prostym umysłem biegacza-amatora... W sumie cieszę się, że od wyprawy do Grodziska Wielkopolskiego minęło już tyle czasu, bo sam widzę, że pozytywne emocje i wspomnienia są we mnie nadal żywe.

Trochę obawiałem się, czy pisać tak pochwalny post, bo za rok pakiety mogą się rozejść w jeszcze krótszym czasie, ale cóż, przynajmniej tak mogę podziękować organizatorom i mieszkańcom tego wyjątkowego, przepełnionego optymizmem, miasta.


Do zobaczenia (jeśli uda się zapisać na listę) za rok!

wtorek, 12 czerwca 2018

Leśne przygody na koniec wiosny


Przełom maja i czerwca upłynął na udziale w biegach przełajowych. W pierwszej kolejności udaliśmy się w okolice Płocka, by zweryfikować niezmiernie dobre opinie znajomych na temat imprezy RYKOwisko.

Do wyboru były trzy dystanse, odpowiadające ilości pokonanych okrążeń długości 35 km (czyli maksymalnie 105 km). Zdecydowaliśmy się na przebiegnięcie "tylko" jednej pętli - nie kręci mnie zupełnie udział w zawodach przekraczających dystans maratonu.

Odprawa przed biegiem

Już po przybyciu do biura zawodów dawało się wyczuwać niepowtarzalną atmosferę życzliwości, luzu i radości z nadchodzącego wysiłku. Całości dopełniało poczucie sielanki, miało się wrażenie, że w tym miejscu czas zwalnia. Podobnie było na trasie. Jeszcze nigdy tak dużo nie rozmawiałem podczas biegu z nieznajomymi, praktycznie co chwilę spotykało się kogoś skorego do podzielenia się wrażeniami :-) Pomijając to, że moja dyspozycja daleka jest od optymalnej, naprawdę nie było ochoty by się spieszyć, chciało się jak najdłużej chłonąć malownicze tereny, które pokonywaliśmy.

Profil trasy nie sugerował wielkich trudności, jak na warunki przełajowe, było niemalże płasko. Pogoda sprzyjała, z jednej strony nie było zbyt upalnie, z drugiej natomiast udało się uniknąć deszczu, który istotnie utrudniłby pokonywanie prowizorycznych kładek nad strumieniami czy błotnistych obszarów.

Zielono mi...

Mimo tej nieco "leniwej" atmosfery trzeba było zmierzać do mety. Pierwotnie chciałem tego dokonać w czasie 4 godzin i można powiedzieć, że cel osiągnąłem - ostateczny wynik 4h01m09s dał mi ostatecznie 87. miejsce w stawce ponad 200 uczestników. Najważniejsze było jednak to, że skorzystałem z okazji na swoiste zresetowanie nóg i głowy na zakończenie pierwszej części tegorocznego sezonu. 


Tydzień później nadarzyła się kolejna okazja do "ścigania się" w lesie, tym razem z okazji kolejnej odsłony Biegu Instalatora w pobliskim Myślęcinku. Impreza ta charakteryzuje się od samego początku specyficznymi, "branżowymi" medalami, nie inaczej było tym razem.

Jako że dystans był znacznie krótszy od tego z RYKOwiska (10 km), zdecydowałem się na rodzinny wypad na łono natury ;-) Córka miała okazję wystartować w biegu dla dzieci (w najmłodszej kategorii), jednak tuż przed startem stwierdziła, że nie skorzysta z tej sposobności, wspinając się mi na ramiona. I tak oto, zupełnie bez wysiłku, zmierzała w stronę drugiego medalu w swojej kolekcji ;-) Na pytanie, dlaczego nie pobiegła, z rozbrajającą szczerością stwierdziła, że "chciała z tatusiem wysioko". Cel osiągnęła...


Ja niestety nie miałem nikogo, kto chciałby mnie donieść do celu, więc zmuszony byłem sam pokonać znajomą trasę. Było ciężko, nie powiem, pogoda nie pomagała, złapała mnie zadyszka i po niezłym początku musiałem znacznie zwolnić. Dobiegłem na finisz z czasem 45m46s - mogło być znacznie lepiej, ale w tym roku staram się po prostu cieszyć z każdego ukończonego biegu.

Silna ekipa... (fot. organizator biegu)

Prawdziwą wisienką na torcie wiosennych tegorocznych startów był półmaraton w Grodzisku Wielkopolskim, ale impreza ta zasługuje na oddzielny wpis.